Otwarcie grobu, cz. II

santasabina0618

W dniu otwarcia krypty w kościele pojawił się wyraźnie poruszony podesta i dwudziestu czterech przedstawicieli miasta. Byli też bracia i prawnik odpowiedzialny za proces kanonizacyjny. Robotnicy zaczęli kuć. Okazało się, że nie jest to łatwe zadanie: była tam taka ilość cementu, że gruz wynoszono całymi workami. W końcu płyta drgnęła a wraz z nią drgnęli przeor i prokurator: „No to po…” – ale przeorowi nie dane było dokończyć tej myśli.

Poczuł zapach, delikatny, ale wyrazisty i nie była to woń rozkładu. Raczej jakby kwitnąca łąka w ciepły, wiosenny poranek. Nie, to nie to: w tej woni była też nuta mrozu, mokrych drzew, pudrowy zapach dróg, słodki zapach owoców, korzenny zapach kadzidła… zgubił się. Jedyne, co mógł stwierdzić, to fakt, że z grobu pachniało. Rozejrzał się wokół, mając resztkę nadziei, że oszalał, ale zobaczył, że inni też czują. Wokół unosił się szmer głosów powtarzających, że to cud. Prawnik podniósł wzrok i brat bardziej wyczytał w jego szeroko otwartych oczach, niż usłyszał padające z jego ust:

Odor sanctitatis.

A przeor przez chwilę miał wrażenie, że znów widzi twarz brata Dominika i czyta w jego ciepłych oczach lekki wyrzut i wyraźne rozbawienie.

PS

Zdjęcie pochodzi ze strony: http://www.embodiedaging.com/2007/12/santa-sabina-photo-album.html

Otwarcie grobu, cz. I

Przeor spojrzał na prokuratora:6-santa-sabina1

– Trzeba będzie otworzyć grób… Brat Dominik leży nisko i w wilgotnym miejscu…

Od dawna powtarzałem, że trzeba zabezpieczyć krypty, bo deszczówka tam wpływa.

Przeor mruknął ze zniecierpliwieniem:

– Ja nie o tym.

Prokurator bezgłośnie otworzył usta i kiwnął głową ze zrozumieniem. W tym momencie za oknem celi coś zaszeleściło i spadło ciężko na ziemię. Obaj bracia rzucili się do okna, ale zobaczyli tylko cień podrostka przeskakującego przez ogrodzenie.

No to jutro będziemy mieli na głowie podestę i resztę rady miejskiej. Na pewno słyszał, że chcemy otworzyć grób.

Ależ on cuchnie – prokurator wypowiedział głośno wniosek, który poprzednio wypisał się na jego twarzy.

No właśnie – najprawdopodobniej cuchnie. Zwłaszcza, ze bardzo starannie zamurowałeś grób i odór nie miał którędy się wydostać. Taki wstyd na oczach całego miasta. Trzeba będzie to zrobić ukradkiem, tylko w obecności prawnika.

Obaj bracia, poruszeni tą samą myślą, spojrzeli na gałąź za oknem.

I obawiam się, że to nie będzie proste.

W tym samym momencie do celi ktoś gwałtownie zapukał:

Bracie przeorze, bracie przeorze! – do pomieszczenia wpadł jeden z braci kooperatorów – niech brat szybko idzie, podesta dobija się do bramy!

Im bliżej byli furty, tym wyraźniej było słychać podniesiony głos urzędników miejskich i proszącego o cierpliwość brata furtiana. Przeor zatrzymał się na chwilę, żeby złapać oddech i odmówiwszy Salve Regina wyszedł na spotkanie przedstawicieli miasta.

Co się dzieje? Czego chcecie?

Przed dominikaninem stał tłumek osób na czele z przysadzistą postacią podesty. Ten sapnął, podparł się pod boki i z całą zadziornością swojej ważnej, choć niskiej osoby, rzucił w twarz brata:

Przyszliśmy tu pilnować dóbr należących do miasta.

Ależ panie, tu nie ma nic cennego, jesteśmy przecież żebrakami…

Bracie, może i macie mało, ale macie coś bardzo cennego, czego nie pozwolimy stąd zabrać i to jeszcze bez naszej wiedzy – na potwierdzenie słów podesty tłumek za jego plecami ostrzegawczo zamruczał. „Zaczyna się” – pomyślał przeor.

Mówcie jasno, panie.

Chodzi o relikwie. Macie otworzyć grób brata Dominika – tu podesta i reszta delegacji przeżegnała się. – To wielki moment, powinni przy tym być przedstawiciele miasta…

Na twarzy przeora pojawiła się wyraźna niechęć do tego typu pomysłu na otwieranie grobu.

I nie krzywcie się tu, bracie. Te relikwie to nasz skarb – w oczach mówiącego te słowa mistrza cechu kupców zamigotały monety i zamgliła je wizja tłumów pielgrzymów, którzy muszą gdzieś spać, coś jeść i wymieniać gdzieś pieniądze. Przeor westchnął. Jego z kolei prześladowała wizja smrodu buchającego z rozkuwanego grobowca i skutecznie przepędzającego pielgrzymie tłumy. Ale wiedział też, że nie da się nic zmienić: podsłuchiwali ich, od kilku nocy bracia starali się nie widzieć „adorujących” nawet w nocy grób mieszkańców Bolonii. Trzeba się z tym zmierzyć.

Dobrze, otworzymy grób jutro. Ale żadnych tłumów! Najwyżej podesta i radni! – przeor odwrócił i wszedł do klasztoru. Tłumek też się rozszedł, najwyraźniej zadowolony z obrotu sprawy.

Zdjęcie pochodzi z www.jedast.com/rome/6–05-10-2007.html

Ostatnia tajemnica

Dominik rozejrzał się po twarzach braci zgromadzonych przy jego materacu. Wiedział, że umiera. Wiedział, że za chwilę rozpoczną wspólny śpiew Salve Regina i niesiony tym śpiewem wejdzie w upragnione ramiona Wcielonego Boga. Wszyscy byli skupieni i tak straszliwie poważni. A przecież w swoim sercu czuł radość dźwięczną jak rezurekcyjne dzwony. Uśmiechnął się i skinął na najbliżej stojącego brata:

Chciałbym podzielić się z wami jeszcze jednym doświadczeniem, bracia.

Wszyscy podeszli bliżej a Dominik przybierając namaszczony wyraz twarzy wyznał:

Ukochani moi! Przekażcie innym, że ojciec Dominik zawsze wolał kontakty z młodymi i pięknymi kobietami niż starymi i brzydkimi.

Zaskoczenie na twarzach, konsternacja i wreszcie to, o co Dominikowi chodziło: chóralny wybuch śmiechu.

To ja już rozumiem te fundacje klasztorów mniszek – rzucił Jordan na fali wspólnej radości.

Dominik zbladł. W zapadłej nagle ciszy czyjś głos zaintonował: Salve Regina, Mater misericordiae… Umierający poruszał wargami do końca modlitwy, chociaż pogłębiały się cienie na jego twarzy. Zapadające się oczy lśniły coraz mocniej, jakby odbijało się w nich światło Wieczności. Nagle rozbłysły, jakby Dominik zobaczył Kogoś bliskiego i zgasły.

Nad jego ciałem kończyło drżąco wybrzmiewać misterne Amen.

Modlitwa

Palce wyciągniętych ku górze i złożonych nad głową dłoni lekko drżały. Nadawały ciału Dominika wyglądmedieval-arrows wystrzelonej ku niebu strzały. Wzniesiona ku górze twarz była jak pozbawione dźwięku słów wołanie.

„ Panie, dałeś mi ciało, bym mógł Cię wielbić. I bądź w nim uwielbiony. Ale jest ono słabe. Nie potrafi przyjąć Twojej obecności i żyć dalej. A Ty pochwyciłeś mnie w sidła twojej miłości. Uwiodłeś. Wołam ku Tobie z ziemi wygnania i tęsknoty. Kiedy przyjdziesz i zjednoczysz mnie ze sobą? Kiedy, mój Panie? Kiedy?” Serce i umysł Dominika zalała cisza. Całe jego wnętrze wyrywało się ku światłu, ku tej ciszy. I pozostawało wiernie w ciele, napiętym do granic pomiędzy posadzką kościoła i sklepieniem. Wzniesione dłonie rozchyliły się, jakby orant próbował coś w nie pochwycić.

„ Dla mnie żyć, to Ty, Chryste, umrzeć to zysk. Wiem, moi bracia potrzebują mojego pozostawania w ciele. Trzeba głosić. Nie ustawać. Z dwóch stron doznaję nalegania. Twoja wola, niech dopełni się we mnie Twoja wola.” Dominik opuścił ręce, skłonił się i spojrzał na braci. Poczuł jak z samego dna jego serca wypływa miłość do nich, cicha i pełna światła.

PS

Zdjęcie pochodzi ze strony:  http://www.dawna-suwalszczyzna.com.pl

W drodze

Przyszła wiosna. Na początku jeszcze deszcze i błoto psuły radość z jej nadejścia, ale wkrótce drogi obeschły i wędrówka ze słowem stała się przyjemna. Choć wcale nie mniej ryzykowna. Po drogach było pełno chętnych na cudze pieniądze a odziewkiem też nie gardzili. Nadto zaczęły się utarczki, już nie tylko słowne, z waldensami.

Szli drogą do Fanjeaux, we dwóch, jak nakazywała Ewangelia i, jak nakazywała reguła, zachowując milczenie.

To znaczy, starali się.

Tylko kiepsko im to wychodziło.

Burzliwą dyskusję przerwali dopiero na widok leżącego na poboczu człowieka. Przyspieszyli kroku:

Bracie Rafale! Przecież to brat Dominik! – podbiegli. Stanęli nad leżącym i żaden nie miał odwagi sprawdzić, co się stało. Rozbójnicy? Heretycy? Zasłabł? W końcu brat Rafał wyciągnął rękę i zastygł w połowie gestu – leżący wydał z siebie soczyste chrapnięcie, zamamrotał coś i dokładniej otulił się kapą.

On śpi?

Kiedyś musi. – bracia obrócili się w stronę głosu i zobaczyli socjusza Dominika – W nocy przecież się modli. Ładnie byśmy głosili, gdyby nie te jego nocne czuwania.

Z ziemi dobiegło, jakby na potwierdzenie, głębokie westchnienie i parę niezrozumiałych słów.

Czy on nie boi się… wiecie, bracia, waldensi… dzikie zwierzęta…

Socjusz pokręcił głową.

W jego słowniku nie ma słowa: lęk. On pragnie cierpieć dla Chrystusa, dąży do umartwienia, najszczęśliwszy byłby, gdyby mógł umrzeć dla Ewangelii. Ufa Bogu do granic szaleństwa. Czasem to pragnienie ofiary brata Dominika mnie przeraża…

Lepiej byś mnie rozumiał, ukochany bracie Piotrze, gdybyś skwapliwiej zachowywał przepisane w regule milczenie. – Dominik wstał, strzepnął płaszcz i udał, że nie widzi zmieszania pozostałych dwóch braci – Ono jest jedną z dróg, po których dusza dochodzi do poznania Boga. A kto Go poznaje, napełnia się miłością. Przez nią poruszany bez zmęczenia biegnie i bez znużenia idzie, aby na koniec otrzymać wieniec zwycięstwa.

Z uśmiechem spojrzał na swoich braci, wyraźnie poruszonych trafnością i łagodnością jego pouczenia.

Chodźmy.

Sen

neumy

Dominik obrócił się i zobaczył wpatrzone w siebie oczy. Badawcze. Łagodne. Dziwnie znajome. Pociągany tym spojrzeniem ruszył w stronę człowieka w połatanym ubraniu. On zrobił to samo, spotkali się w połowie drogi. Dominik stanął i uświadomił sobie, że nie wie jakiego użyć języka.

Człowiek w podartym ubraniu wyciągnął ręce i oparł je na ramionach Dominika:

Frate!

Guzman odruchowo odwzajemnił uścisk i w tym momencie uświadomił sobie skąd go zna :

Widziałem cię we śnie. Bracie, jak masz na imię?

Oczy oberwańca rozbłysły:

– Franciszek! Mam na imię Franciszek. Są tu też ze mną moi mali bracia. A ty?

Mam na imię Dominik. Też jestem tu z braćmi.

Zapadła cisza. Patrzyli na siebie, jakby patrzyli w zwierciadło. Dwóch żebraków powołanych do głoszenia Ubogiego Chrystusa. Dwa kamienie węgielne, ukryte głęboko u fundamentów założonych przez siebie wspólnot.

Wiele słyszałem o Twojej mądrości, Dominiku.

Wiele słyszałem o twojej dobroci, Franciszku.

Dwa oblicza tego samego Boga. Dominik uśmiechnął się. Czuł światło bijące od Franciszka, widział ogień w jego oczach.

Mówią Franciszku, że jesteś prorokiem.

A o tobie, Dominiku, że jesteś nauczycielem.

Ja też miałem sen: Pan uczynił was przyporami murów Kościoła. Bez was zagubimy drogę. – obaj mendykanci pochylili nisko głowy przed wypowiadającym te słowa papieżem – A skoro tak jest, na pewno Ten, Który was powołał, wam pobłogosławi.

 

Czy naprawdę zbyt wiele snów jest w tej opowieści, by przypuszczać, że jest prawdziwa?

PS

zdj.: Tomasz Rojek OP

Remont w Bolonii

– Bracie Rafale, co to jest?!!!

Brat prokurator spojrzał w kierunku wskazanym gwałtownym gestem przez Dominika:

– No, rusztowania… – wymamrotał niepewnie „ Czemu tak szybko wrócił. Ten klasztor naprawdę wymaga remontu, te cele są tak niskie… Jak studiować w takim miejscu?”

– Bracie, ledwo papież zatwierdził naszą regułę a ty już budujesz pałace? Bracia winni pozostawać na małym! Ubóstwo jest naszym największym skarbem! – Dominik spojrzał na prokuratora i stwierdził, że reakcja była chyba zbyt gwałtowna. Rafał założył ręce pod szkaplerz i stał z opuszczoną głową, ale bynajmniej nie był to wyraz skruchy. „Jest pewien swojej słuszności.. I nic tej pewności nie zmieni.” Zapadła cisza. Dominik ważył myśli. Sam żył w surowej ascezie i wiedział, że nie każdy jest do takiej drogi powołany – bracia dobrze wiedzieli, jak chętny był do udzielania dyspens. Z drugiej strony – czy apostoł może być osiadły? Przywiązany do miejsca?

– Bracie Rafale, jesteśmy apostołami. Wiem, że to z troski o wspólnotę, ale jeśli zbudujemy sobie zbyt wygodne domy zapuścimy w nich korzenie a my mamy głosić. Jezus powiedział, że lisy mają nory i ptaki gniazda a On nie ma gdzie głowy skłonić. I powinniśmy go naśladować. – powiedział łagodnie.

„ Nie rozumiem go. Nie rozumiem” – brat prokurator podniósł niepewnie głowę i spojrzał na Dominika. Ten człowiek go fascynował i tak, jak on, brat Rafał też chciał dać wspólnocie wszystko, co najcenniejsze; wszystko, czego potrzebowała. Nie potrafił mówić porywających kazań ani dokonywać wyczynów ascetycznych. Potrafił liczyć i dostrzegać potrzeby materialne, budować i dbać o dobra.

– Zakończysz ten remont natychmiast, bracie. I nie będziesz do niego wracał. – „Przynajmniej dokąd żyję i mogę to na tobie wymóc.”

– Dobrze, bracie Dominiku – „Ideały ideałami a życie swoim torem. Skoro Bóg przez ludzi daje pieniądze, czemu ich nie wykorzystać? Przecież to tylko po to, żeby lepiej głosić…”

Dominik ostatni raz rzucił okiem na rusztowania i ciężko westchnął. I co braciom po murach, jeśli ubogim sercem nie oprą się na Chrystusie? Przyjdzie ogień, głód, najazdy i nie zostawią kamienia na kamieniu. Zostanie tylko słowo posiane w ludzkim sercu. Jeśli serce pozwoli mu zapuścić korzenie a bogactwo czyni serce twardym.

Zbyt twardym.

Nadzieja

Bracie – uszy Dominika dobiegł ciepły, łagodny szept. Obejrzał się.

W mglistym, wilgotnym powietrzu majaczyła stojąca pośrodku drogi bosa postać w łachmanach. Jedną ręką przytrzymywała pod brodą kaptur , drugą usiłowała otulić się szczelniej podartym płaszczem. Wyglądała, jakby stała na silnym, zimnym wietrze tymczasem Dominik czuł tylko lekki powiew.

Jestem Nadzieja. – spod kaptura spoglądały oczy o przenikliwym spojrzeniu – Pan posłał mnie, abym została bratem w Twoim zakonie.

Dominik skinął głową. Bosonogie widziadło podeszło do nich i uklękło. Kiedy włożyło ręce w dłonie Dominika, spod zszarganego kaptura wypadły dwa złociste pasma włosów. Nadzieja podniosła twarz: zmęczoną, ale uśmiechniętą.

Ja, Nadzieja, ślubuję tobie, bracie Dominiku i Twoim prawnym następcom posłuszeństwo…

Nim dokończyła, Dominik przygarnął ją do siebie i przytulił mocno:

Obiecaj, obiecaj, że nigdy nie opuścisz moich braci… – poczuł jak po policzkach płyną mu łzy – zwłaszcza, kiedy Pan naznaczy ich drogę niepowodzeniami. Nigdy, nigdy… nie opuścisz…

Ślubowałam i będę posłuszna – Dominik poczuł łagodne ciepło rozlewające się w jego sercu i ciele, jakby wypił łyk dobrego, mocnego wina. Takiego, które wzmacnia, ale nie oszałamia.

– Ojcze, czemu się zatrzymaliśmy? – w głosie socjusza zabrzmiał niepokój.

Dominik drgnął i uśmiechnął się.

Żeby usłyszeć naszą Nadzieję. To jedyny sposób, ukochany bracie Piotrze, aby nie zwątpić, że zawsze jest przy nas obecna. Zawsze obecna. Chodźmy.

Powiał silnej wiatr. Po dłoni Dominika trzymającej podróżny kij delikatnie przesunął się złocisty kosmyk.

Na samym początku były mniszki…

Będziemy musieli je utrzymywać.

Skąd weźmiemy dla nich dom?

Mogą iść do cysterek, one na pewno je przygarną.

Zawsze przynajmniej jeden z nas będzie musiał zostać z nimi jako kapelan.

Dominik w milczeniu wysłuchiwał tych argumentów patrząc na siedzącego przed nim biskupa Diego. Ten z kolei z uporem wpatrywał się z zaciekawieniem w wielki palec swojej lewej stopy i nie podnosił oczu. „ Aha, to ja mam podjąć decyzję. W końcu to nie jego diecezja, nie może angażować swojego autorytetu. Panie, co mam zrobić?” Przeniósł wzrok na przyczynę swojego problemu. Stało przed nim dziewięć kobiet, właściwie dziewcząt. Były obecne na ostatniej dyspucie i porwane jego wymową, mimo, że wychowane przez „doskonałe” waldenski, nawróciły się. Czuł się za nie odpowiedzialny.

Bracie Dominiku, niech pójdą do cysterek.

Najstarsza z nich podniosła głowę i spojrzała na Dominika:

– Ojcze, nawykłyśmy do ciężkich postów, modlitwy i ascezy. Pokochałyśmy czystość i ubóstwo… Klasztory cysterskie są dla nas za bogate, wpojono nam niechęć do życia, jakie się w nich prowadzi.

Dominikowi wciąż brakowało ostatecznego argumentu, który by potwierdził jego rozeznanie, że powinien je przyjąć. W zamyśleniu powiódł spojrzeniem po twarzach i kiedy jego spojrzenie zatrzymało się na najmłodszej z nawróconych, ta, ośmielona nim, podniosła głowę i wysokim głosem nastolatki zawołała:

My też chcemy głosić!!!

Bracia roześmiali się, ale Dominik zaledwie się uśmiechnął i to nie z powodu niestosowności okrzyku. W oczach tego podlotka zobaczył płomień, który rzadko widywał w oczach nawet najgorliwszych swoich braci. I co więcej, nie był to błysk zapalonych pakuł, ale żar płonącego drzewa. Stały i pewny.

– I będziecie. Jezus znużony wędrówką odpoczywał w Betanii, zbudujcie tu Betanię dla nas. Pozostanę z wami przez pierwsze dni i razem znajdziemy drogę, na której będziecie służyć Panu.

– Nie martwcie się o dom – muszę teraz jechać do mojej diecezji, przywiozę, co będę mógł i kupimy coś. Coś w sam raz na dom Marty, Marii i Łazarza.- Biskup Diego wreszcie oderwał się od kontemplacji paznokcia i uśmiechnął się – Taaa… Zanim zebrałeś braci Pan przyprowadził do ciebie, bracie Dominiku, siostry. Widocznie nasze dzieło wymaga wiele modlitwy. Bardzo wiele modlitwy.

grafika ze strony www.radonie.mniszki.dominikanie.pl

Modlitwa św. Dominika

dminik-modlBrat przybliżył twarz do szpary. Ojciec Dominik stał w chórze, zwrócony twarzą na wschód. W migotliwym świetle świec brat widział jego lekko pochylone plecy i głowę. Usłyszał, że Dominik coś szepcze, ale nie rozróżniał słów – przeszkadzał mu jego własny oddech. Modlący się kaznodzieja podniósł powoli głowę i rozłożył ręce. Podniósł je na wysokość ramion zwracając do góry otwarte dłonie:

                     Panie, Panie – reszta znów utonęła w szepcie. Orant złożył ręce na piersi i pochylił głowę, jakby w coś się wsłuchiwał. Po chwili wysunął przed siebie ręce w geście prośby. Kiedy runął na kolana na posadzkę podglądający go brat wzdrygnął się i już chciał biec z pomocą, ale powstrzymała go świadomość, że nie powinno go tam być. Dominik tymczasem rozciągnął się na posadzce krzyżem. Leżał tak długo, że brat znów poczuł się zaniepokojony. Po chwili wahania już miał się ujawnić, ale wtedy Dominik podniósł się i ucałował posadzkę.

                     Panie, ale co będzie z grzesznikami? Co będzie z grzesznikami? – wyraźny, żarliwy szept zabrzmiał w chórze. Głos ojca był inny niż zwykle, więc brat spojrzał uważnie na jego twarz.

Tak myślał – Dominik płakał.

PS

Grafika ze strony: www.liturgia.dominikanie.pl

« Older entries