Lipy w Sandomierzu

Jacek wyszedł z katedry po odprawieniu porannej mszy i zapatrzył się przed siebie. Spodobało mu się to miasto: położone na wysokim lessowym wzgórzu obmywanym Wisłą, przy szlaku na wschód, w takim oddaleniu od Krakowa, że aż prosiło się o fundację dominikańskiego klasztoru: idący na wschód czy wracający stamtąd bracia mieliby po drodze dom, w którym mogliby odpocząć. Nawet upatrzył już działkę pod klasztor: po drugiej stronie wąwozu, z widokiem na zamek. Co prawda poza murami miasta, ale przy szlaku. Nawet miał za co ją nabyć. Jeśli właściciel chciałby sprzedać.

A właściciel właśnie nie chciał. Bardzo nie chciał. Jacek miał za sobą już kilka monologów właściciela kapiących wręcz jadem. Nie, bo nie, bo zakonnicy to darmozjady i żebrakom swojej ziemi nie będzie sprzedawał!

Dziś czekała go kolejna rozmowa, zapewne już ostatnia. Zakonnik zszedł szybkim krokiem z wzgórza katedralnego, przeciął wąwóz i zaczął wchodzić na wzgórze, na zboczu którego miał powstać klasztor – był pewien, po wielu godzinach modlitwy, że to jest właśnie to miejsce. Że to już nawet nie tylko jego czystoludzkie argumenty za tym przemawiają, ale że Bóg właśnie to miejsce sobie upatrzył na leże dla swoich Psów. Dlatego chciał zawalczyć o nie jeszcze raz.

Podniósł wzrok i zobaczył przed sobą na drodze właściciela ziemi i kilku jego ludzi.

- Aleście uparci, księże. Ale i tak nie sprzedam wam tej ziemi, szkoda jej dla was.

- Będziemy się tu za was modlić, spłynie na was Boże błogosławientwo…

- Boże błogosławieństwo! A na co mi ono? Ja sam jestem swoim panem i póki żyję, nikt mi nie będzie dyktował jak mam żyć! Ani komu mam sprzedawać to, co moje. Prędzej wyrośnie drzewo zasadzone do góry korzeniami, niż ja wam sprzedam tę ziemię!

Odrowąż uśmiechnął się:

- Dobrze, idźmy o zakład. Ja posadzę trzy lipy do góry korzeniami i jeśli one wyrosną, wy sprzedacie mi tę ziemię.

Właściciel roześmiał się.

- Jak wyrosną to dam ja wam nawet za darmo!

- Dobrze, biorę twoich ludzi za świadków tego zakładu. Spotkamy się tu jutro, zasadzę te drzewa i pójde dalej na wschód. A kiedy będę wracał jesienią dobijemy ostatecznie targu.

——–

Odrowąż patrzył na lejące się z niebe strumienie wody. W dniu, w którym posadził trzy lipowe sadzonki i pobłogosławił smętnie zwisającym korzonkom, zaczęło padać. W zasadzie wyglądało to bardziej na potop niż deszcze, Wisła wezbrała i zamknięto przeprawy. Dominkanin utknął w Sandomierzu na łaskawym chlebie biskupa i czekał. Mineły już dwa tygodnie, Jacek codziennie modlił się o zakończenie deszczów i o to, by lipy wbrew naturze zapuściły korzenie i wypuściły listki. W zasadzie to mógłby już pójść i zobaczyć efekt swojej sadowniczej pracy… Narzucił na głowę kaptur kapy i poszedł w stronę działki. Dochodząc do niej w strugach deszczu zobaczył ludzką postać wpatrującą się w drzewka. Postać wydawała z siebie ciche mamrotanie. Kiedy podszedł bliżej przez szum deszczu usłyszał niewyraźne:

- Niemożliwe, to jakaś sztuczka, nie, niemożliwe.

Przyśpieszył kroku. Kiedy doszedł na miejsce w postaci rozpoznał właściciela ziemi, a kiedy spojrzał na korzonki sadzonek, zobaczył przyczynę mamrotania: ozdabiały je piękne, nabrzmiałe pąki z liśćmi. Ziemia należała już do zakonu, mógł rozpocząć budowę. Rozeznanie go nie omyliło, a Bóg nie odmówił swojej łaski.

A tak wygląda ten klasztor obecnie (zdjęcie wzięte stąd, tam także więcej zdjęć z wnętrza i nie tylko):

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.