- Bracie Dominiku, potrzebujemy wspólnoty z takim charyzmatem, jak wasz. Daj mi dwóch twoich braci, dam im kościół, ufunduję klasztor! Wszak chciałeś iść na wschód – jakie ziemie mogą być lepszym początkiem takiej misji niż ziemie naszego księcia? – ożywione oczy biskupa Iwo błyszczały entuzjazmem. Od czasu cudu wskrzeszenia przemyśliwał nad tym, który kościół w Krakowie mógłby dać Braciom Kaznodziejom. Potrzebowali czegoś w centrum miasta, najlepiej przy szlaku handlowym, najwyżej parafię przeniesie się gdzie indziej, koło Trójcy jest wolny plac, w sam raz na klasz…
- Nie, nie dam braci. – Iwo zastygł w pół gestu i ćwierć myśli a wyrzucany właśnie w biskupiej wyobraźni proboszcz zachwiał się na progu fary i spojrzał pytająco – Jest nas zbyt niewielu.
Dominik przesunął nieco swoje spojrzenie w prawo i Jacek poczuł delikatne mrowienie na tonsurze. Podniósł wzrok i ponad ramieniem biskupa dostrzegł wpatrzone w siebie oczy Guzmana, na dnie których kryło się coś, jakby głód. Jakby pytanie, ale raczej z gatunku retorycznych. Zanim w pełni sobie uświadomił, czego to pytanie dotyczy, skinął prawie niedostrzegalnie głową.
- Skoro chcesz fundacji, zacznij od ludzi, nie od murów. – Dominik z powrotem patrzył na Iwo – Wspólnota rodzi się z ludzi, potem dopiero potrzebne są ściany, w których ci ludzie mogą zamieszkać.
Iwo głęboko odetchnął i roześmiał się – A, tylko tyle! Wyznaczę dwóch kanoników. “Potrzebuję ludzi rozmodlonych i zaufanych. Takich, którzy w razie konfliktu z księciem staną po mojej stronie…”
- Księże biskupie, ja pójdę – Iwo ze zdziwieniem rozpoznał głos Jacka.
- Ty? A kto jeszcze kilka dni temu mówił mi, że Dominik to szaleniec? Jesteś idealnym kandydatem, ale…
- I ja z nim pójdę – obok Jacka stanął Czesław, trzeci z Odrowążów biorących udział w tej wyprawie.
- Cóż – Iwo z lekkim niedowierzaniem i radością uśmiechnął się do braci a potem zwrócił się do Dominika po łacinie – Oto kandydaci do twojego zakonu, bracie. Pierwsi z Małopolski.
Jacek spojrzał na Dominika i uśmiechnął się do obietnicy w jego oczach. Obietnicy pójścia pewną drogą do Pana.


wystrzelonej ku niebu strzały. Wzniesiona ku górze twarz była jak pozbawione dźwięku słów wołanie.

