Wybrani

- Bracie Dominiku, potrzebujemy wspólnoty z takim charyzmatem, jak wasz. Daj mi dwóch twoich braci, dam im kościół, ufunduję klasztor! Wszak chciałeś iść na wschód – jakie ziemie mogą być lepszym początkiem takiej misji niż ziemie naszego księcia? – ożywione oczy biskupa Iwo błyszczały entuzjazmem. Od czasu cudu wskrzeszenia przemyśliwał nad tym, który kościół w Krakowie mógłby dać Braciom Kaznodziejom. Potrzebowali czegoś w centrum miasta, najlepiej przy szlaku handlowym, najwyżej parafię przeniesie się gdzie indziej, koło Trójcy jest wolny plac, w sam raz na klasz…

- Nie, nie dam braci. – Iwo zastygł w pół gestu i ćwierć myśli a wyrzucany właśnie w biskupiej wyobraźni proboszcz zachwiał się na progu fary i  spojrzał pytająco – Jest nas zbyt niewielu.

Dominik przesunął nieco swoje spojrzenie w prawo i Jacek poczuł delikatne mrowienie na tonsurze. Podniósł wzrok i ponad ramieniem biskupa dostrzegł wpatrzone w siebie oczy Guzmana, na dnie których kryło się coś, jakby głód. Jakby pytanie, ale raczej z gatunku retorycznych. Zanim w pełni sobie uświadomił, czego to pytanie dotyczy, skinął prawie niedostrzegalnie głową.

- Skoro chcesz fundacji, zacznij od ludzi, nie od murów. – Dominik z powrotem patrzył na Iwo – Wspólnota rodzi się z ludzi, potem dopiero potrzebne są ściany, w których ci ludzie mogą zamieszkać.

Iwo głęboko odetchnął i roześmiał się – A, tylko tyle! Wyznaczę dwóch kanoników. “Potrzebuję ludzi rozmodlonych i zaufanych. Takich, którzy w razie konfliktu z księciem staną po mojej stronie…”

- Księże biskupie, ja pójdę – Iwo ze zdziwieniem rozpoznał głos Jacka.

- Ty? A kto jeszcze kilka dni temu mówił mi, że Dominik to szaleniec? Jesteś idealnym kandydatem, ale…

- I ja z nim pójdę – obok Jacka stanął Czesław, trzeci z Odrowążów biorących udział w tej wyprawie.

- Cóż – Iwo z lekkim niedowierzaniem i radością uśmiechnął się do braci a potem zwrócił się do Dominika po łacinie – Oto kandydaci do twojego zakonu, bracie. Pierwsi z Małopolski.

Jacek spojrzał na Dominika i uśmiechnął się do obietnicy w jego oczach. Obietnicy pójścia pewną drogą do Pana.

Pożar

Czuł jak jego płuca wypełnia dym. Krztusząc się i wypluwając z ust kopeć biegł w stronę niszy w bocznej ścianie prezbiterium, gdzie przechowywany był zapas Eucharystii dla chorych. Starał się ignorować trzeszczące pogróżki ze strony sklepienia i gdzieś kątem myśli podziękował Bogu, że ma buty i nie czuje rozżarzonej posadzki. Szarpnięciem odsłonił tkaninę zasłaniającą drzwiczki tabernakulum, otworzył je i przez płaszcz chwycił nagrzaną puszkę z Ciałem Pańskim. Teraz jeszcze tylko szybki zwrot na pięcie i pędem do drzwi!

- Jacku, ratujesz mojego Syna a ja? – delikatny kobiecy głos płynący z bocznego ołtarza zatrzymał Odrowąża w miejscu. Rzucił niecierpliwym i lekko zrozpaczonym okiem na figurkę Maryi.

- Ale ty jesteś za ciężka! – wykaszlał, jednak bezbronny wzrok Madonny i jej delikatna sylwetka poruszyły serce Jacka. Cofnął się i na próbę chwycił figurkę. W tym momencie ze stropu nad prezbiterium razem z trzaskiem posypała się kaskada iskier. Przerażony zakonnik zgarnął swoje skarby i puścił się biegiem w stronę wyjścia.

Ocknął się stojąc już za drzwami i słysząc jak za jego plecami wali się kościół. Ktoś wyjął z jego ręki puszkę a Jacek delikatnie postawił figurkę na przydrożnym słupku. Pokręcił głową, uśmiechnął się i westchnął w myśli: “Chyba nigdy nie zrozumiem kobiet…” Wiatr na chwilę przegonił dym i alabastrowa figurka rozbłysła w promieniach słońca, jakby chciała powiedzieć: “Ale Jacku, tu nie ma nic do rozumienia. Tu wystarczy kochać.”

Wskrzeszenie bratanka kardynała

Fascynacja w oczach biskupa Iwo od początku budziła w Jacku złe przeczucia. Ten rudowłosy Kastylijczyk zabiegający o zatwierdzenie swojego zakonu, owszem, miał olbrzymią wiedzę i efekty głoszenia. Ale.

Niestety, przeczucia okazały się prawdziwe zanim kanonik mógł przedstawić swoje “ale”. Jacek patrzył z niepokojem, jak Iwo przechadza się rozgorączkowany po pokoju. Przed chwilą wrócił od kardynała, u którego znów spotkał Guzmana:

- Ten człowiek! Księże Jacku – ten człowiek! Dawno nie słyszałem nikogo przemawiającego z większą łatwością i żarem! On głosem potrafi przemielić serce i stworzyć nowego człowieka, nie da sie go słuchać obojętnie! – Iwo po raz kolejny doszedł do ściany i zawrócił – Potrzebujemy takich ludzi u nas, chce iść głosić na wschód – może zaprośmy go do nas? Może fundacja? Z pewnością zostaną zatwierdzeni…

- Nie byłbym taki pewien, biskupie – Iwo jakby obudzony chłodnym tonem Jacka zatrzymał się i spojrzał na rozmówcę – zakony potrzebują utrzymania, gruntów a Guzmanowi marzy się życie z żebraniny. To zbytnio przypomina herezje ubogich. Poza tym… – Jacek zawahał się z drugim argumentem.

- Skończ, jak już zacząłeś mówić – przynaglił Iwo.

Jacek odwrócił spojrzenie na ścianę, westchnął, odkaszlnął i wreszcie wyrzucił z siebie półgłosem:

- To wariat – widząc żachnięcie się biskupa Jacek zaczął się tłumaczyć – Mam na myśli, że zachowuje się jak wariat! Może i pobożny, ale mówią, że on nie śpi nocami, posyła braci niechętnie dając im zabezpieczenie materialne na drogę, wiecznie mówiący i myślący tylko o głoszeniu, emocjonalny, rozgorączkowany.

Iwo westchnął i odwrócił się w stronę okna. Zapadło milczenie. Po chwili Odrowąż usłyszał, jak biskup spokojniejszym już tonem mówi:

- Widzisz, Jacku, czasem trudno odróżnić świętość od szaleństwa. Jednak tak trzeźwo patrząc, w tym, co mówisz, jest racja. Nadal chcę zaprosić ich do Krakowa, ale poczekamy na znak od Pana. Tak, zaczekamy na znak.

Następnego dnia przyniesiono do ich kwatery wiadomość, że chory od kilku dni bratanek kardynała jest w agonii. Zebrawszy się szybko biskup i jego kanonik poszli do domu chorego. Kiedy weszli do jego pokoju kończył się ryt namaszczenia chorych. Chłopiec wziął ostatni chrapliwy oddech, jego głowa bezwładnie opadła i z ust puściła się strużka krwi.

- Obiit – stwierdził pochylający się nad nim medyk. Kardynał wziął głęboki oddech, który zabrzmiał jak urwany szloch. I wtedy Jacek ze zdumieniem zobaczył Kastylijczyka, który podchodzi do łóżka umarłego i spojrzawszy na niego mówi:

- Czy ten, który wskrzesił Łazarza, odmówi życia temu chłopcu? Przecież obiecał, że o cokolwiek poprosimy, będzie nam dane. Tylko trzeba prosić z wiarą.

Zdumienie odebrało Jackowi mowę: “Czy trzeba lepszego dowodu, że to szaleniec?” Jakby na dalsze potwierdzenie jackowej diagnozy kaznodzieja wyciągnął ręce w geście oranta i rozpoczął modlitwę o… wskrzeszenie chłopca! Zaskoczenie zamurowało wszystkich, ale zanim zdążyło minąć chłopiec odetchnął głęboko i się poruszył.

Jacek runął na kolana jednocześnie słysząc, że wszyscy wokół niego robią to samo. Dominik zaintonował jakiś psalm, ale Jacek nie był w stanie śpiewać: patrzył, zbyt zdumiony, żeby odczuwać zawstydzenie, na twarz Guzmana i po raz pierwszy dostrzegł w niej to, co do tej pory mu umykało – dziecięcą prostotę i łagodność. Nie, to nie była twarz szaleńca.

To była twarz człowieka zakochanego i ufnego bez granic.

Otwarcie grobu, cz. II

santasabina0618

W dniu otwarcia krypty w kościele pojawił się wyraźnie poruszony podesta i dwudziestu czterech przedstawicieli miasta. Byli też bracia i prawnik odpowiedzialny za proces kanonizacyjny. Robotnicy zaczęli kuć. Okazało się, że nie jest to łatwe zadanie: była tam taka ilość cementu, że gruz wynoszono całymi workami. W końcu płyta drgnęła a wraz z nią drgnęli przeor i prokurator: „No to po…” – ale przeorowi nie dane było dokończyć tej myśli.

Poczuł zapach, delikatny, ale wyrazisty i nie była to woń rozkładu. Raczej jakby kwitnąca łąka w ciepły, wiosenny poranek. Nie, to nie to: w tej woni była też nuta mrozu, mokrych drzew, pudrowy zapach dróg, słodki zapach owoców, korzenny zapach kadzidła… zgubił się. Jedyne, co mógł stwierdzić, to fakt, że z grobu pachniało. Rozejrzał się wokół, mając resztkę nadziei, że oszalał, ale zobaczył, że inni też czują. Wokół unosił się szmer głosów powtarzających, że to cud. Prawnik podniósł wzrok i brat bardziej wyczytał w jego szeroko otwartych oczach, niż usłyszał padające z jego ust:

- Odor sanctitatis.

A przeor przez chwilę miał wrażenie, że znów widzi twarz brata Dominika i czyta w jego ciepłych oczach lekki wyrzut i wyraźne rozbawienie.

PS

Zdjęcie pochodzi ze strony: http://www.embodiedaging.com/2007/12/santa-sabina-photo-album.html

Otwarcie grobu, cz. I

Przeor spojrzał na prokuratora:6-santa-sabina1

Trzeba będzie otworzyć grób… Brat Dominik leży nisko i w wilgotnym miejscu…

- Od dawna powtarzałem, że trzeba zabezpieczyć krypty, bo deszczówka tam wpływa.

Przeor mruknął ze zniecierpliwieniem:

- Ja nie o tym.

Prokurator bezgłośnie otworzył usta i kiwnął głową ze zrozumieniem. W tym momencie za oknem celi coś zaszeleściło i spadło ciężko na ziemię. Obaj bracia rzucili się do okna, ale zobaczyli tylko cień podrostka przeskakującego przez ogrodzenie.

- No to jutro będziemy mieli na głowie podestę i resztę rady miejskiej. Na pewno słyszał, że chcemy otworzyć grób.

- Ależ on cuchnie – prokurator wypowiedział głośno wniosek, który poprzednio wypisał się na jego twarzy.

- No właśnie – najprawdopodobniej cuchnie. Zwłaszcza, ze bardzo starannie zamurowałeś grób i odór nie miał którędy się wydostać. Taki wstyd na oczach całego miasta. Trzeba będzie to zrobić ukradkiem, tylko w obecności prawnika.

Obaj bracia, poruszeni tą samą myślą, spojrzeli na gałąź za oknem.

- I obawiam się, że to nie będzie proste.

W tym samym momencie do celi ktoś gwałtownie zapukał:

- Bracie przeorze, bracie przeorze! – do pomieszczenia wpadł jeden z braci kooperatorów – niech brat szybko idzie, podesta dobija się do bramy!

Im bliżej byli furty, tym wyraźniej było słychać podniesiony głos urzędników miejskich i proszącego o cierpliwość brata furtiana. Przeor zatrzymał się na chwilę, żeby złapać oddech i odmówiwszy Salve Regina wyszedł na spotkanie przedstawicieli miasta.

- Co się dzieje? Czego chcecie?

Przed dominikaninem stał tłumek osób na czele z przysadzistą postacią podesty. Ten sapnął, podparł się pod boki i z całą zadziornością swojej ważnej, choć niskiej osoby, rzucił w twarz brata:

- Przyszliśmy tu pilnować dóbr należących do miasta.

- Ależ panie, tu nie ma nic cennego, jesteśmy przecież żebrakami…

- Bracie, może i macie mało, ale macie coś bardzo cennego, czego nie pozwolimy stąd zabrać i to jeszcze bez naszej wiedzy – na potwierdzenie słów podesty tłumek za jego plecami ostrzegawczo zamruczał. „Zaczyna się” – pomyślał przeor.

- Mówcie jasno, panie.

- Chodzi o relikwie. Macie otworzyć grób brata Dominika – tu podesta i reszta delegacji przeżegnała się. – To wielki moment, powinni przy tym być przedstawiciele miasta…

Na twarzy przeora pojawiła się wyraźna niechęć do tego typu pomysłu na otwieranie grobu.

- I nie krzywcie się tu, bracie. Te relikwie to nasz skarb – w oczach mówiącego te słowa mistrza cechu kupców zamigotały monety i zamgliła je wizja tłumów pielgrzymów, którzy muszą gdzieś spać, coś jeść i wymieniać gdzieś pieniądze. Przeor westchnął. Jego z kolei prześladowała wizja smrodu buchającego z rozkuwanego grobowca i skutecznie przepędzającego pielgrzymie tłumy. Ale wiedział też, że nie da się nic zmienić: podsłuchiwali ich, od kilku nocy bracia starali się nie widzieć „adorujących” nawet w nocy grób mieszkańców Bolonii. Trzeba się z tym zmierzyć.

- Dobrze, otworzymy grób jutro. Ale żadnych tłumów! Najwyżej podesta i radni! – przeor odwrócił i wszedł do klasztoru. Tłumek też się rozszedł, najwyraźniej zadowolony z obrotu sprawy.

Zdjęcie pochodzi z www.jedast.com/rome/6–05-10-2007.html

Ostatnia tajemnica

Dominik rozejrzał się po twarzach braci zgromadzonych przy jego materacu. Wiedział, że umiera. Wiedział, że za chwilę rozpoczną wspólny śpiew Salve Regina i niesiony tym śpiewem wejdzie w upragnione ramiona Wcielonego Boga. Wszyscy byli skupieni i tak straszliwie poważni. A przecież w swoim sercu czuł radość dźwięczną jak rezurekcyjne dzwony. Uśmiechnął się i skinął na najbliżej stojącego brata:

- Chciałbym podzielić się z wami jeszcze jednym doświadczeniem, bracia.

Wszyscy podeszli bliżej a Dominik przybierając namaszczony wyraz twarzy wyznał:

- Ukochani moi! Przekażcie innym, że ojciec Dominik zawsze wolał kontakty z młodymi i pięknymi kobietami niż starymi i brzydkimi.

Zaskoczenie na twarzach, konsternacja i wreszcie to, o co Dominikowi chodziło: chóralny wybuch śmiechu.

- To ja już rozumiem te fundacje klasztorów mniszek – rzucił Jordan na fali wspólnej radości.

Dominik zbladł. W zapadłej nagle ciszy czyjś głos zaintonował: Salve Regina, Mater misericordiae… Umierający poruszał wargami do końca modlitwy, chociaż pogłębiały się cienie na jego twarzy. Zapadające się oczy lśniły coraz mocniej, jakby odbijało się w nich światło Wieczności. Nagle rozbłysły, jakby Dominik zobaczył Kogoś bliskiego i zgasły.

Nad jego ciałem kończyło drżąco wybrzmiewać misterne Amen.

Modlitwa

Palce wyciągniętych ku górze i złożonych nad głową dłoni lekko drżały. Nadawały ciału Dominika wyglądmedieval-arrows wystrzelonej ku niebu strzały. Wzniesiona ku górze twarz była jak pozbawione dźwięku słów wołanie.

„ Panie, dałeś mi ciało, bym mógł Cię wielbić. I bądź w nim uwielbiony. Ale jest ono słabe. Nie potrafi przyjąć Twojej obecności i żyć dalej. A Ty pochwyciłeś mnie w sidła twojej miłości. Uwiodłeś. Wołam ku Tobie z ziemi wygnania i tęsknoty. Kiedy przyjdziesz i zjednoczysz mnie ze sobą? Kiedy, mój Panie? Kiedy?” Serce i umysł Dominika zalała cisza. Całe jego wnętrze wyrywało się ku światłu, ku tej ciszy. I pozostawało wiernie w ciele, napiętym do granic pomiędzy posadzką kościoła i sklepieniem. Wzniesione dłonie rozchyliły się, jakby orant próbował coś w nie pochwycić.

„ Dla mnie żyć, to Ty, Chryste, umrzeć to zysk. Wiem, moi bracia potrzebują mojego pozostawania w ciele. Trzeba głosić. Nie ustawać. Z dwóch stron doznaję nalegania. Twoja wola, niech dopełni się we mnie Twoja wola.” Dominik opuścił ręce, skłonił się i spojrzał na braci. Poczuł jak z samego dna jego serca wypływa miłość do nich, cicha i pełna światła.

PS

Zdjęcie pochodzi ze strony:  www.dawna-suwalszczyzna.com.pl

W drodze

Przyszła wiosna. Na początku jeszcze deszcze i błoto psuły radość z jej nadejścia, ale wkrótce drogi obeschły i wędrówka ze słowem stała się przyjemna. Choć wcale nie mniej ryzykowna. Po drogach było pełno chętnych na cudze pieniądze a odziewkiem też nie gardzili. Nadto zaczęły się utarczki, już nie tylko słowne, z waldensami.

Szli drogą do Fanjeaux, we dwóch, jak nakazywała Ewangelia i, jak nakazywała reguła, zachowując milczenie.

To znaczy, starali się.

Tylko kiepsko im to wychodziło.

Burzliwą dyskusję przerwali dopiero na widok leżącego na poboczu człowieka. Przyspieszyli kroku:

- Bracie Rafale! Przecież to brat Dominik! – podbiegli. Stanęli nad leżącym i żaden nie miał odwagi sprawdzić, co się stało. Rozbójnicy? Heretycy? Zasłabł? W końcu brat Rafał wyciągnął rękę i zastygł w połowie gestu – leżący wydał z siebie soczyste chrapnięcie, zamamrotał coś i dokładniej otulił się kapą.

- On śpi?

- Kiedyś musi. – bracia obrócili się w stronę głosu i zobaczyli socjusza Dominika – W nocy przecież się modli. Ładnie byśmy głosili, gdyby nie te jego nocne czuwania.

Z ziemi dobiegło, jakby na potwierdzenie, głębokie westchnienie i parę niezrozumiałych słów.

- Czy on nie boi się… wiecie, bracia, waldensi… dzikie zwierzęta…

Socjusz pokręcił głową.

-W jego słowniku nie ma słowa: lęk. On pragnie cierpieć dla Chrystusa, dąży do umartwienia, najszczęśliwszy byłby, gdyby mógł umrzeć dla Ewangelii. Ufa Bogu do granic szaleństwa. Czasem to pragnienie ofiary brata Dominika mnie przeraża…

- Lepiej byś mnie rozumiał, ukochany bracie Piotrze, gdybyś skwapliwiej zachowywał przepisane w regule milczenie. – Dominik wstał, strzepnął płaszcz i udał, że nie widzi zmieszania pozostałych dwóch braci – Ono jest jedną z dróg, po których dusza dochodzi do poznania Boga. A kto Go poznaje, napełnia się miłością. Przez nią poruszany bez zmęczenia biegnie i bez znużenia idzie, aby na koniec otrzymać wieniec zwycięstwa.

Z uśmiechem spojrzał na swoich braci, wyraźnie poruszonych trafnością i łagodnością jego pouczenia.

- Chodźmy.

Sen

neumy

Dominik obrócił się i zobaczył wpatrzone w siebie oczy. Badawcze. Łagodne. Dziwnie znajome. Pociągany tym spojrzeniem ruszył w stronę człowieka w połatanym ubraniu. On zrobił to samo, spotkali się w połowie drogi. Dominik stanął i uświadomił sobie, że nie wie jakiego użyć języka.

Człowiek w podartym ubraniu wyciągnął ręce i oparł je na ramionach Dominika:

- Frate!

Guzman odruchowo odwzajemnił uścisk i w tym momencie uświadomił sobie skąd go zna :

- Widziałem cię we śnie. Bracie, jak masz na imię?

Oczy oberwańca rozbłysły:

- Franciszek! Mam na imię Franciszek. Są tu też ze mną moi mali bracia. A ty?

- Mam na imię Dominik. Też jestem tu z braćmi.

Zapadła cisza. Patrzyli na siebie, jakby patrzyli w zwierciadło. Dwóch żebraków powołanych do głoszenia Ubogiego Chrystusa. Dwa kamienie węgielne, ukryte głęboko u fundamentów założonych przez siebie wspólnot.

- Wiele słyszałem o Twojej mądrości, Dominiku.

- Wiele słyszałem o twojej dobroci, Franciszku.

Dwa oblicza tego samego Boga. Dominik uśmiechnął się. Czuł światło bijące od Franciszka, widział ogień w jego oczach.

- Mówią Franciszku, że jesteś prorokiem.

- A o tobie, Dominiku, że jesteś nauczycielem.

- Ja też miałem sen: Pan uczynił was przyporami murów Kościoła. Bez was zagubimy drogę. – obaj mendykanci pochylili nisko głowy przed wypowiadającym te słowa papieżem – A skoro tak jest, na pewno Ten, Który was powołał, wam pobłogosławi.

 

Czy naprawdę zbyt wiele snów jest w tej opowieści, by przypuszczać, że jest prawdziwa?

PS

zdj.: Tomasz Rojek OP

Remont w Bolonii

- Bracie Rafale, co to jest?!!!

Brat prokurator spojrzał w kierunku wskazanym gwałtownym gestem przez Dominika:

- No, rusztowania… – wymamrotał niepewnie „ Czemu tak szybko wrócił. Ten klasztor naprawdę wymaga remontu, te cele są tak niskie… Jak studiować w takim miejscu?”

- Bracie, ledwo papież zatwierdził naszą regułę a ty już budujesz pałace? Bracia winni pozostawać na małym! Ubóstwo jest naszym największym skarbem! – Dominik spojrzał na prokuratora i stwierdził, że reakcja była chyba zbyt gwałtowna. Rafał założył ręce pod szkaplerz i stał z opuszczoną głową, ale bynajmniej nie był to wyraz skruchy. „Jest pewien swojej słuszności.. I nic tej pewności nie zmieni.” Zapadła cisza. Dominik ważył myśli. Sam żył w surowej ascezie i wiedział, że nie każdy jest do takiej drogi powołany – bracia dobrze wiedzieli, jak chętny był do udzielania dyspens. Z drugiej strony – czy apostoł może być osiadły? Przywiązany do miejsca?

- Bracie Rafale, jesteśmy apostołami. Wiem, że to z troski o wspólnotę, ale jeśli zbudujemy sobie zbyt wygodne domy zapuścimy w nich korzenie a my mamy głosić. Jezus powiedział, że lisy mają nory i ptaki gniazda a On nie ma gdzie głowy skłonić. I powinniśmy go naśladować. – powiedział łagodnie.

„ Nie rozumiem go. Nie rozumiem” – brat prokurator podniósł niepewnie głowę i spojrzał na Dominika. Ten człowiek go fascynował i tak, jak on, brat Rafał też chciał dać wspólnocie wszystko, co najcenniejsze; wszystko, czego potrzebowała. Nie potrafił mówić porywających kazań ani dokonywać wyczynów ascetycznych. Potrafił liczyć i dostrzegać potrzeby materialne, budować i dbać o dobra.

- Zakończysz ten remont natychmiast, bracie. I nie będziesz do niego wracał. – „Przynajmniej dokąd żyję i mogę to na tobie wymóc.”

- Dobrze, bracie Dominiku – „Ideały ideałami a życie swoim torem. Skoro Bóg przez ludzi daje pieniądze, czemu ich nie wykorzystać? Przecież to tylko po to, żeby lepiej głosić…”

Dominik ostatni raz rzucił okiem na rusztowania i ciężko westchnął. I co braciom po murach, jeśli ubogim sercem nie oprą się na Chrystusie? Przyjdzie ogień, głód, najazdy i nie zostawią kamienia na kamieniu. Zostanie tylko słowo posiane w ludzkim sercu. Jeśli serce pozwoli mu zapuścić korzenie a bogactwo czyni serce twardym.

Zbyt twardym.

« Starsze wpisy